Finałowe odliczanie do Brdy

Finałowe odliczanie do Brdy

Od momentu decyzji (szalonej) do rozpoczęcia naszego zamachu motyką na Słońce zostało nam dwa tygodnie. 14 dni to niewiele nawet na to, by porządnie ogarnąć sprzęt. Łukasz ma w miarę nowy rower trekkingowy, ale Maciej musiał wygrzebać swojego starszego rumaka, zobaczyć, co mu doskwiera i wykonać niezbędne regulacja – w tym na przykład zakupić nowe koło wraz z ładowarką (zobaczymy, czy takie wynalazki mają sens). A co dopiero przygotować się fizycznie do takiej wyprawy?

Gdy zapadła klamka i wiedzieliśmy, że pierwsza będzie Brda (z powodów sentymentalnych), postanowiliśmy wziąć dzień zapasu. I to chyba nie jest zły pomysł. Przez 14 dni prawie codziennie trenowaliśmy, na końcu także z obciążeniami. Wydaje się, że jesteśmy fizycznie w niezłej formie (mentalnie to jesteśmy na takich wyżynach, że nawet jakby nam nogę urwało, to ochota do jazdy nie przejdzie).

Kilka wniosków z samych przygotowań mamy już na przyszłość.

Po pierwsze namiot, który nie wydawał się duży tkwiąc gdzieś jako dawny zapas na dole piwnicy, na bagażniku roweru wydaje się wielki. 3,4 kg to niewiele i wiele za razem. Na pewno potrzeba nam mniejszych namiotów podczas kolejnych wypraw.

Po drugie, opony się starzeją. Na szczęście Maciej ma umysł technicznym i ścisły (a przy okazji duszą romantyczną), więc wszystko to zauważył zanim ruszyliśmy. I jego rower ogumienie ma nowe.

Po trzecie – prąd w rowerze to sprawa wciąż jakoś marnie rozwiązana technicznie. Zdajemy się na power banki (dzięki kolego Macieju z Bydgoszczy za pomoc!). Nie za wiele jest rozwiązań, które mogłyby choć utrzymywać smartfona na przyzwoitym zasilaniu. Całe lata gadania o ekologii, odnawialnych energiach, a gdy człowiek szuka czegoś, co da „prąd”, to trafia na pustkę (no, dobra, nie oglądaliśmy rozwiązań za tysiące złotych – nie stać nas na fanaberie, nie będzie też z nami jechała Tesla).

Po czwarte – polska agroturystyka jest zjawiskiem zadziwiającym i zaskakującym. W okolicy źródła znaleźliśmy tylko jedno miejsce, gdzie można przespać się i ewentualnie zostawić auto. Okazało się jednak, że pan właściciel „jest na grzybach i nie ma czasu”. Znaczy się, okolice są bogate aż tak, że olewa się klientów poza sezonem. Sprawdzimy, jak bogate 😉

Po piąte wreszcie – robienie czegoś zupełnie po nic, dla samej radości wzbudziło niezrozumiały entuzjazm nie tylko w nas, ale także w wielu naszych przyjaciołach i znajomych. Wszyscy są zainteresowani, wszyscy nas wspierają, chcą nam pożyczać swoje graty itd. To już jest jeden z dobrych powodów, by takie przygody zaczynać.

Postanowiliśmy, że stronę i pomysł ujawnimy dopiero na mecie w Bydgoszczy. Bo… kto wie przecież, czy dojedziemy?