Brda. Meandrowanie w zachwycie

Brda. Meandrowanie w zachwycie

Brda szybko zweryfikowała nasze teoretyczne zapatrywania na przejechanie 59 najdłuższych rzek z Polski. Wyssała z nas siły, ale i uszczęśliwiła. Mamy za sobą inauguracyjną trasę naszego projektu 59rzek.pl

Dlaczego Brda? Trochę przypadek, choć po prostu swojsko nam się kojarzy. W pewnym sensie przez nią się poznaliśmy. Ot, takie szkolne historie. Jednak kolejny raz to właśnie Brda nad do siebie przywołała. Tym razem do samego źródła w okolicach Miastka.

Zaczęło się od trochę zapomnianej piosenki Jacka Kaczmarskiego pod tytułem „Źródło”, którą podsunął mi Łukasz. Świeże i bardzo energetyczne wykonanie zespołu Habakuk spowodowało, że pojawił się w nas jakiś nienazwany nurt. Z każdą chwilą i taktem przedostawał się przez uszy i skronie do krwiobiegu. Nurt podskórny, nurt myśli, prąd porywający – tym razem nie-elektryczny. Osobno w każdym z nas, a jednak zgodny i zbieżny aż po samo ujście – Brdyujście. I 58 razy dalej. Nawet nie wiem, jak Łukasz wpadł na ten pomysł. W drodze z pracy wałkowałem „Źródło” już chyba po raz setny. I wtedy dzwoni telefon. Przyjaciel. W słuchawce: „Jedziemy Brdę”. Tak! Tak! Poprosiłem go o kilka godzin na decyzję, bo racjonalna cześć mojej głowy zawiesiła się. Nie wiem, o czym śnił w nocy, ale rankiem następnego dnia rankiem mówił już o 59 rzekach. Nasze małżonki orzekły, że dopadł nas kryzys wieku średniego. Niewykluczone. Sądzę jednak, że dzięki temu łatwiej im zaakceptować nasze, dotąd niespotykane, zachowanie. Słowem – przepadłem w nurcie tych rzek. Co robić? Jadę!

Wszystko jest za ciężkie

Czasu mało i dużo. Dwa tygodnie. Podział zadań Łukasz opracowanie trasy i nawigowanie. Ja – żarcie, kuchnia i peryferia. Czego nie brać? Wszystko waży za dużo! Burza pomysłów. Może przyczepka wleczona za rowerem, może namiot mniejszy – taki wyprawowy? Może gotowe racje żywnościowe dla wojska – tedy nie trzeba zabierać palnika? Co ze sprzętem? Łukasza rower da radę. Mój to może być pięta achillesowa przedsięwzięcia. Najpierw opony. Na starych terenowych Michelinach może i kondycyjnie wytrzymam, ale co jak pęknie? Decyzja – nowe! Chwila poszukiwań – padło na Continentala. Już trenując po trochu przed wyjazdem zrozumiałem, że to strzał w dziesiątkę. Środkiem szosowa, zupełnie gładka, po bokach klocki w teren, a przy tym boki odblaskowe. W końcu bezpieczeństwo jest najważniejsze!

Zmiana opon była pomysłem dobrym. Zwłaszcza, że stare nie dawały gwarancji dojazdu bez usterki. Profil opony gładki na środku i z kostkami po bokach okazał się znakomitym wyborem Fot. 59rzek.pl

A sakwy? Może z plecakiem? Coś na kierownicę do telefonu? Może bardziej jednak na ramę, bo więcej miejsca na drobny bagaż po bokach? Kołowrotek, kołomyja, kalejdoskop. Wszystko na raz. A między tym żona, dzieci, praca… Jeszcze pakowanie. Wszystko ciężkie. Może z czegoś zrezygnować? „Drugi powerbank jednak wezmę”. Końcowe odliczanie dobiega końca. Bieganina i serwis do ostatniej chwili – do drugiej w nocy.
To już! 10 września po pracy wprost do Bydgoszczy. Pierwszy psikus jeszcze na A1. Odczepiła mi się podłoga pod silnikiem na autostradzie. Szczęśliwie tuż przed MOP-em. Tam chłopaki z TIR-ów poratowali mnie kluczem 10 (w rowerach same imbusy). Reszta na trytytki, szczęśliwie mam całą paczkę. Jadę! Łukasz już czeka. I Rzeka czeka!

W Bydgoszczy przerzucamy rowery do jednego auta. Czy to już wszystko? Porzucamy jeden samochód u kuzynki Łukasza na przedmieściach (i tuż nad Brdą). Kolejny odcinek specjalny – azymut Miastko. Nie możemy się nagadać. Widzimy się pierwszy raz od narodzin pomysłu. Żyjemy nim.
Po północy z zimnym hot-dogiem w trzewiach docieramy do Domu Pomorskiego. Solidna kamienica hotelu blisko centrum przywitała nas otwartymi drzwiami. Pokój zaskakuje nas wysokim standardem standardu, urządzony w barokowym stylu, z obrazami na ścianach i postarzanymi meblami dawał nadzieję na skuteczny wypoczynek tej krótkiej nocy.

Rankiem 11 września budzik, śniadanie z szybką kawą i pakowanie. Składanie rowerów po transporcie zaczęło się od przykrej niespodzianki. Śruba z szybkozamykaczem od koła jednego roweru Łukasza została w Bydgoszczy. Na jedną chwilę utraciliśmy nadzieję na dobrą zabawę. Przemknęło mi przez głowę: „To nie możliwe, że to już koniec!”. Ruszyłem do hotelu zostawiając przyjaciela, który w niedowierzaniu przewracał kolejny raz bagaż. Do śmiechu nam nie było. W recepcji sam właściciel obiektu – człowiek życzliwy i zaangażowany, zaproponował wypożyczenie koła od własnego roweru. Wskazał ponad to precyzyjnie sklep rowerowy i warsztat jako opcję zapasową. Na koniec pocieszył nas zdaniem: „Mamy tu wiele warsztatów – ludzie różne rzeczy potrafią zrobić.”

Piątkowy poranek w Miastku. Doskonałe humory urwały się natychmiast, gdy okazało się, że szybkozamykacz do koła Łukasza zostawiliśmy w nocy w samochodzie pozostawionym w Bydgoszczy. Dwie godziny drogi stąd. Co robić? Fot. brd24.pl

Wskazany sklep rowerowy okazał się być nieźle zaopatrzonym. Tym razem zażegnaliśmy kryzys. W kilka chwil Miastko urosło do Miasta. Stanęliśmy na pedałach krótko dość późno, choć jeszcze przed południem. Do źródła jakieś 10 km na rozgrzewkę. Dwa ronda, przy stadionie w prawo i mamy Miastko za sobą. Kilkaset metrów czarnym szlakiem rowerowym i stop! Rozstaje. Droga miała prowadzić nasypem starej linii kolejowej, lecz gdzie on jest? Łukasz stuka w nawigację, a ja ruszyłem do ludzi. Nieopodal zabudowania. Jest i sklep. Starsze małżeństwo pokierowało mnie niezawodnie. Jeszcze tego nie rozumieliśmy, ale ta chwila zwiastowała wieczne szukanie drogi. Na szczęście papierowa laminowana mapa jedzie z nami. I trzeba powiedzieć już na początku, że nie była tylko talizmanem. Na zalesionych odcinkach pozycjonowanie telefonu wcale nie jest takie dokładne. Łączność podsystemu GPS z satelitami i pozostawia wiele do życzenia. Do precyzyjnego określenia położenia (dokładność 4-12 metrów). Telefon musi odbierać sygnał z trzech, a najlepiej 4 satelitów na nieboskłonie. A co jeśli nad głową tyle gałęzi, że nieba nie widać? Dodatkowo w oparciu o niekompletne dane algorytm znajdowania drogi też płata figle, każe zawracać, prowadzi obok drogi lub zupełnie na około. A mapa to mapa. I do tego nie jest na baterię, co nie jest bez znaczenia na trzydniowej eskapadzie.

Z Miastka do źródła Brdy prowadził nas przepiękny szlak śladem dawnej linii kolejowej. O jej istnieniu w przeszłości świadczą już tylko wyłaniające się z zaskoczenia w środku lasu wiadukty. Fot. 59rzek.pl

Ale, ale! Dalej w las. W nieznane. Nad jezioro Smołowe. Szutrami mijamy tartak i zapomniane stacyjki niegdysiejszej linii kolejowej. Dobijamy do asfaltu. Rzut lewego oka w nawigację, a prawego na mapę. I tak już bez przerwy. Skręciwszy w prawo docieramy do przystanku autobusowego Lubkowo. Wywiad lokalny donosi jakoby „za przystankiem ścieżką, rowerami niekoniecznie”.

W Lubkowie przy drodze stoi jedynie wypłowiała tabliczka informująca o źródle Brdy. Jak dojść do jeziora? Nie wiadomo. Bez wypytywania miejscowych trudno znaleźć ścieżkę przez las. Musi być rzadko używana Fot. 59rzek.pl

Ryzykujemy jednak przedrzeć się ze sprzętem. Taka mała dżungla, ale po 10 minutach stajemy nad brzegiem jeziora. Smołowe – jedno z trzech u źródeł Brdy. I cisza… nie słychać szumu wiatru w uszach i kasku, nie słychać aut, nawet ptaków nie słychać. I nikt nic nie gada! Milczymy Wchłaniamy tę chwilę to miejsce. Próbujemy poczuć się jak Brda, która właśnie tu i teraz się rodzi. Co czuje nowy byt, gdy powstaje? Człowiek tego nie pamięta z dzieciństwa, a na starość próbuje zrozumieć. Rytualnie zanurzamy dłonie w gładkiej jak kryształ tafli jeziora, dokumentujemy na prędce i w drogę. Tym razem to prawdziwy początek. Brdy początek i przygody początek. Podróży przez rzeki ojczyste rzeki początek.

Jezioro Smołowe. Stąd wypływa Brda. Lobelie jesienią nie kwitną, ale i tak jest uroczo Fot. 59rzek.pl

Asfaltem dobijamy do dwudziestki, w lewo na Bytów i po niecałych 2 km w prawo. Trudniejszy odcinek leśny. Po piachu czasem pchamy rowery. Tutaj zaliczyłem przewrotkę. Przestrzegam doświadczony tym wydarzeniem przed nadmiernym obciążeniem na tyle roweru. Początkowo obawiałem się, że będę miał inne trudności związane z „nadwagą”. Wiozłem wszak prowiant dla dwóch osób na 3 dni, założywszy uprzednio samowystarczalność w każdym terenie. Sądziłem, że mogę mieć problemy siłowe w miarę przybywania kilometrów. Przygoda szybko zweryfikowała, gdzie kryją się prawdziwe niebezpieczeństwa. Pojawia się znane motocyklistom wężykowanie. Trzeba zmienić nieco technikę jazdy. Na piaskach mocno zwalniamy, a na następną wyprawę inaczej rozłożę bagaż. Strat w ludziach nie ma! Wgnieciony koher – będzie pamiątka. Mała sakwa na ramie podarta i nie ma jak zamocować telefonu. Chwila zmagań z trytytkami. Genialny amerykański wynalazek. Bez nich strach ruszyć się za próg. Mocowanie lepsze od oryginału.

Posilamy się i ruszamy do Świeszynka, bo już południe za pasem. Dalej szutrem przez Pietrzykówko do Wilkowa. Tu w lewo kameralnym asfaltem w kierunku na Trzyniec. Po 2 km skręcamy w prawo zgodnie ze znakiem w drogę, która gładko prowadzi nas do przestani kajakowej w Starej Brdzie Pilskiej. Na postoju celebrujemy samodzielnie sporządzoną południową kawę i oczywiście przy okazji coś na ząb, żeby za następnym zakrętem nie opaść z sił. Tym razem kabanosy. Czas jednak goni.

Postój w miejscu dla kajakarzy w Starej Brdzie Pilskiej. Urokliwe miejsce. Była nawet lampa zasilana solarnie, ale ktoś ją zamontował… pod drzewami 😉 Fot. 59rzek.pl
W Starej Brdzie Pilskiej wykorzystałem wszystko to, co targałem w bagażu. Kuchenkę spirytusową, czajniczek, jedzenie… i okazało się to być jedynym razem, gdy mieliśmy czas na taką przerwę Fot. 59rzek.pl

Tu po raz pierwszy dają znać o sobie ścięgna. Jednak Łukasz zaciska zęby i rusza przodem. W duchu godzimy się z myślą o porzuceniu leśnych traktów. Są mocno wyczerpujące ze względu na piach i „tarkę”, odcinki brukowane i utwardzone tłuczniem. Nade wszystko mocno nas spowalniają. Pierwotnie zamierzaliśmy trzymać się ściśle rzeki. Niepodobna jednak przedzierać się przez bagna i trzcinowiska, a leśne drogi i tak nie często nie trzymają się wcale blisko nurtu. Więcej asfaltówek zatem, kosztem nadkładania drogi. Na tym odcinku przekraczamy Brdę kilkukrotnie. Przystajemy wchłaniając jej spokój i rozleniwione piękno. Rzeka w górnym biegu płynie spokojnie i mocno meandruje. Herbaciana woda zupełnie odmienna niż u źródeł, rozczesuje splątane warkocze wodorostów. Bagienne sitowie gęsto porastające brzegi zaciera granice między lądem i wodą. I ta zieleń nieprzyzwoicie zielona. Mam wrażenie, że zepsuję ten pejzaż próbując go zatrzymać w kadrze.

I ta zieleń Brdy – aż nieprzyzwoicie zielona! Fot. 59rzek.pl

A tym czasem – jechać trzeba. Sieć zapomnianych asfaltowych dróg doprowadza nas w okolice Żołny i Dalej do Nowej Brdy. Tu ostrzeżenie przed zbytnim zaufaniem dla nawigacji. Rozjazd na Nową Brdę/Sporysz/Lipczynek mijaliśmy dwukrotnie, szepcąc pod nosem brzydkie wyrazy. Szczęśliwie gołębią nawigację i papierową mapę mieliśmy w odwodach. Kierując się w prawo na Sporysz dobijamy do Stanicy Wodnej Przytoń /Folbryk/, skąd mozolnie przez Rudniki, Pakotusko do Przechlewa (niestety znowu szutrami). Tu Brda prawie zawraca przepływając przez jezioro Szczytno i kilka mniejszych. My za to kierujemy się na wschód i ulica Dworcową wylatujemy na Konarzyny.

Droga gładka, z pozoru łatwa złamała nas w okolicach Sąpolna. Noga Łukasza dokucza mu coraz bardziej. Rosną też chowane głęboko, jak najgłębiej obawy o powodzenie całej wyprawy. Wygrzebuję z naszej racji żywnościowej po batonie energetycznym. Granola miodem, z orzechami i czekoladą. Najsmaczniejszy w moim życiu baton. Przegapiliśmy moment dokarmiania mięśni. Wypompowaliśmy się z energii. Jeszcze po garści orzechów popijanych wodą z witaminami, kilka spokojnych kroków dla rozruszania stóp i trzeba ruszać. Siły w nadzwyczajny sposób wróciły. Czekolada i miód zrobiły swoje natychmiast. Granola i orzechy będą uwalniać energie powoli. Wskazówki mojej żony sprawdziły się pierwszorzędnie. Nie zaniedbujcie jedzenia po drodze, a tym bardziej picia, bo odbierze Wam to nie tylko siły, ale i wolę walki. Do tego nie zawsze sama woda jest najlepszym pomysłem. Stawiamy na wysoko zmineralizowane wody najlepiej wzbogacone dobrym preparatem witaminowym.

Tak oto pokrzepieni ruszamy. Do Konarzyn rowery już prawie same pędziły. Nowa energia, a i droga dobra. Potem całkiem nowa ścieżka rowerowa, z dobrej czerwonej kostki gładko doprowadziła nas do skrzyżowania dróg 212 i 236, które przekraczamy na wprost w kierunku na Brusy. Tym samym standardem nawierzchni kulamy się aż pod Chociński Młyn. Choć do Borów Tucholskich jeszcze kawałek, od tego miejsca zaczynają się ścieżki rowerowe typowe dla tych okolic. Równe i utwardzone drobnym tłuczniem nie dają w prawdzie takiego komfortu jazdy jak asfalt, są jednak oddzielone od szosy lasem i pełnią rolę leśnej przesieki. Uwaga jednak na ostre zakręty ścieżek przed dojazdami do skrzyżowań! Luźne kamyki na zakręcie mogą kosztować niechcianą kontuzję lub w najlepszym przypadku przymusowy postój.

Po dobranocce (starsi wiedza co to za pora) docieramy do Swornegaci. Czując trudy całego dnia (dziś ponad 80 km) decydujemy się na kolację w restauracji Leśnej nad jeziorem Karsińskim. Jemy smacznie, choć czekając na jej przygotowanie marzniemy przy stoliku na zewnątrz. Wieczorem chłód od jeziora i deficyt energii związany z wysiłkiem podkopują powoli pomysł z noclegiem pod namiotem. Po kolacji jednak twardo ruszamy na poszukiwania pola namiotowego. Jest ich kilka w okolicy. Zaczyna się ściemniać, a my wystygliśmy zupełnie po trasie i szczękamy zębami. Ostatecznie porzucamy koncepcję namiotową, gdy pierwsze pole przywitało nas zamkniętą bramą. Kwatera to będzie rozwiązanie na miarę naszego wysiłku. I tu kolejna niespodzianka.

Poprzedniego wieczoru te koniki na bramie domu w Swornegaciach chcieliśmy całować z radości. To tu w końcu ktoś przygarnął nas na nocleg Fot. 59rzek.pl

Choć miejscowość wydaje się wyludniona z ruchu turystycznego, choć ogłoszeń i szyldów na płotach i w przydomowych ogródkach zatrzęsienie, choć jest już po sezonie i wrzesień, to w weekend o kwaterę nie łatwo. Chodzimy od domu do domu zbierając kolejne: „Niestety, przykro mi”. Uwierzcie – nam było bardziej. Miny morowe, zęby szczękają, ciemno się robi. Sprawdzamy, że temperatura ma spaść do 6 stopni w nocy. Zbieramy się jednak na pole namiotowe położone nad samą rzeką – ach ten chłód od wody, dodatkowa „atrakcja”!. Ale po drodze – już trochę bez nadziei – dzwonimy do domku, który wcześniej przeoczyliśmy. Szerokim uśmiechem przywitała nas starsza kobieta. To powitanie ogrzało nas w środku, jeszcze zanim odpowiedziała na pytanie o kwaterę. Wolny pokój w budynku w podwórzu był już jakby wisienką na torcie. Sakwy na plecy i ostatni zgrzyt zębów, bo do pokoju wiodą strome schody, ścięgno Łukasza domaga się odpoczynku. Ta odrobina luksusu ucieszyła nas chyba bardziej niż barokowy przepych Domu Pomorskiego w Miastku. Pokój z dwoma łóżkami pod skosem sufitu, ciasna przechodnia kuchnia i prowizoryczna łazienka, w której wanna jest tak mała, że nie da się umyć inaczej niż w kucki. Wiecie, co na to nasze nogi? No, ale gorący prysznic koi mięśnie i ścięgna, a powtórna kolacja z makaronu i żołądków drobiowych syci wyjątkowo duży tego dnia apetyt. (Z tego wieczoru wyniosłem jeszcze jedną naukę. Zanim posolicie kolację w nieznanym miejscu czymś znalezionym w kuchni na oknie, sprawdźcie, czy to nie cukier, bo kolejne próby dosalania cukrem nie poprawiają sytuacji). Jeszcze tylko musimy zadbać o prąd w telefonach i powerbankach. Popularny „złodziej” na 5 gniazdek wrzucony do sakwy okazał się być nieodzownym wyposażeniem. Wreszcie zasłużony odpoczynek. Popadaliśmy jak betki, choć rano kolega rozsiewa pogłoski, że chrapię.

12 września wstaliśmy zbudzeni budzikiem. Dokończyliśmy makaron, który szczęśliwie niecały posłodziłem. Kilka minut chaosu pakowania i „do koni”. Schody w dół nie były tak upiorne dla nóg jak wczoraj. Maść rozkurczowa i przeciwbólowa zrobiła dobrą robotę. Przed bramką wita nas słońce wstające znad lasu. Jest rześko, nawet bardzo. Jedziemy ubrani „na długo” (te namioty to będzie jednak temat na lato). Dziś najdłuższy odcinek. Do tego w tempie ,bo po drodze czaka na nas przeprawa promowa czynna do 18. Do samego promu 80 km, a dalej? Zobaczymy. Oczy wyobraźni widzą Pieczyska.

Rano w sobotę w Swornegaciach ubieramy się „na długo”. Jest rześko. Bardzo rześko. A przed nami kolejnych 80 km i limit czasu, żeby zdążyć na prom na Zalewie Koronowskim Fot. 59rzek.pl

Przez Bory Tucholskie kręcimy ścieżkami dla rowerów i szutrami, najpierw wzdłuż drogi 236 do Drzewicza. Kilometr za nim prawo-skos drogą szutrową. W czernicy wracamy na asfalt, a po 3 km przecinamy drogę 235 i okrążając jezioro Trzemeszno sprawnie docieramy do Zapory Mylof. Robimy kilka zdjęć. Pogoda jest „po naszej stronie”, a kolano dostosowało się do sytuacji. Łukasz znalazł zakres w którym mu nie dokucza i może jechać dalej.

Ten odcinek jest smutny. Jedziemy bowiem przez odkryte pola po huraganie z 2017 roku. Milczymy onieśmieleni ogromem zniszczeń. W pokorze dla sił natury pokonujemy kolejne kilometry odkrytej ziemi, aż do Nadleśnictwa Rytel. Za torami skręcamy w lewo i do samego Miasteczka. Na przedmieściach przecinamy DK22, potem droga bez nazwy doprowadzi nas do Żukowa. (Tu trochę uwagi na rozjazdach przy agroturystyce Ściernisko. Drogi są dwie. Bliższa rzeki i ta którą wybraliśmy, bardziej od niej oddalona. Uwaga – tego krótkiego odcinka nie ma na mapach Google). Osiągamy Nadolna Karczmę. Tam przez Lutomski Most do Nowego Młyna, w którym dla odmiany powitał nas okazały stary młyn nad rozlewiskiem Czerskiej Strugi.

Stary młyn nad rozlewiskiem Czerskiej Strugi. Fot. 59rzek.pl

Teraz odcinki trudniejsze – szutrowe, dużo tarki, kamienie i tłuczeń pod kołami. To mocno spowalnia i wyczerpuje. Więcej stajemy i posilamy się nieśmiertelnymi pancer-waflami (o jedzeniu napiszę oddzielny temat i wyjaśnię, co to za cudowny wynalazek), tudzież kabanoskiem. Nie pogardzimy również zdziczałymi gruszkami – ulęgałkami napotkanymi przy drodze.

Środek lasu i cisza. Nikogo. Takich chwil dziś w życiu ma się niewiele Fot. 59rzek.pl

W takim mozole docieramy do Woziwody, gdzie stajemy na popas na polu namiotowym Lasów Państwowych. Przywitał nas otwarty u schyłku sezonu sklepik z miłą obsługą. Jest on również recepcją obiektu. Dostajemy wrzątek i przyrządzamy owsiankę przegryzając ją batonem orzechowym dla uzupełnienia kalorii. Korzystając z dobrodziejstw cywilizacji pokrzepiamy i nasze telefony łykiem prądu z gniazda na ścianie recepcji. Jeszcze rzut oka w mapę i „na koń, panowie!”.

W Woziwodzie kamping Lasów Państwowych jeszcze czynny na początku września, choć pracownicy zabrali nam już ławki spod tyłków. Ważne, że dostaniemy wrzątek, podładujemy komórki. Jeszcze rzut oka na mapę i trzeba ruszać Fot. 59rzek.pl

Tu Wjazd na kolejny odcinek do Gołąbka przez Zielonkę i Zieloną Łąkę jest dobrze oznakowany. Droga Zachęca do szybszej jazdy. Mimo, że to leśny trakt nawierzchnia jest wyjątkowo gładka. Mijamy punkt widokowy Binduga z malowniczym zakolem Brdy. Na tym odcinku rzeka bardziej niż dotąd meandruje. Niestety z drogi widzimy ją rzadko. Z Gołąbka zaryzykowaliśmy przebijanie się niebieskim szlakiem pieszym. Szybko zrozumieliśmy różnicę między pieszymi a rowerowymi trasami. Skończyło się przenoszeniem naszych jucznych wielbłądów przez zwalone w poprzek ścieżek drzewa. Najlepsze jednak ciągle przed nami. Przedzierając się przez las nad samym brzegiem rzeki docieramy do onieśmielającej skarpy. Szlak wiedzie pod górę, która zdaje się być pionowa. Szans na obejście nie widać. Łukasz poszedł przodem. Narzekał na nogę, ale darł pod górę jak zając nie zważając na nadbagaż w formie namiotu i dmuchanej karimaty. Mnie przymurowało już u podnóża. Trzeba technicznie rozpracować ten podjazd. Prowiantu mało ubyło, a sił – wręcz przeciwnie. Technika autorska 50- raz-dwa sprawdziła się doskonale. Podpycham, rower pod górę 50 cm. Zaciskam obie klamki hamulców tak, że rower z ciężarem jest jak przygwożdżony do gruntu., po czym krok, i drugi za nim, wciągając się przy pomocy rąk jak na drabince. Nie chciałbym stanąć u podnóża tej górki po deszczu. Mądrość tym razem rodziła się w bólu – głównie kolana. Owszem, można się przebijać się pieszymi szlakami, ale trzeba liczyć się z niespodziankami i niekoniecznie, gdy śpieszycie się na prom. Na szczyt docieramy rozbawieni swoją naiwnością i przykrywając ubytek sił czarnym humorem.

Szlak pieszy z Gołąbka to dla naszych nóg najczarniejszy scenariusz, ale dla oczu – najlepszy. Brda jest tu dzika Fot. 59rzek.pl

W okolicach Rudzkiego mostu wskakujemy na chwilę na drogę 240, by przed Rudzkim Młynem porzucić ją, skręcając w prawo w las. Przebudowa tego odcinka drogi wojewódzkiej skomplikowała trochę rozjazdy. Początkowo trzeba pojechać w nowym odcinkiem lewo na Świece, by w połowie długiego podjazdu skręcić w prawo na stary odcinek, który obecnie jest drogą lokalną. Dalej wrócić nią kilkadziesiąt metrów, po czym w prawo w las drogą leśną do Świtu. To kolejna na tej trasie odkryta nieścisłość w Google Maps. W Świcie kręcimy w lewo, a na rozstajach przy pomniku Św. Huberta trzymamy się prawej w kierunku na Piłę-Młyn. W tej okolicy znajduje się znajduje się Rezerwat Przyrody Dolina Brdy ze znanym kajakarzom uroczyskiem Piekiełko. Głazy i zwalone konary w nurcie czynią ten odcinek zarówno malowniczym jak i trudnym do przepłynięcia. My jednak wybieramy nieco oddalony od nurtu skrót w celu nadrobienia strawionego na przygodach czasu.

W Pile na asfalt. Bez przystanku małym zygzakiem kierujemy się na południe do Zamrzenicy. Po około 5 km znaki kierują nas na Zamrzenicę w prawo, a na głównym skrzyżowaniu w samej miejscowości w lewo. Potem dużą pętlą koło Szyszkówki docieramy w okolice Klonowa, gdzie przekraczamy starą linię kolejową. Rozsiane w lesie malownicze jeziora zwiastują, zwiastują że zbliżamy się do Zalewu Koronowskiego. Tu niestety musimy na powrót przeprosić się z leśnym duktami, żeby zdążyć przed zamknięciem przeprawy. Jedzie się znośnie, choć chwilami piach wysysa z nas siły. Gubimy drogę i robimy krótki postój z regeneracyjnym posiłkiem batonem dla wzmocnienia. To drugi najsmaczniejszy baton jaki jadłem. Przegryziony sucharem i suto popity kopniakiem z Isostar ożywia nas niebywale. Rozejrzawszy się w mapach, pędzimy ku przeprawie. Nie wiadomo ile przytrzymają nas te leśne manowce. Kluczymy w lewo, to znowu w prawo – las jak na grzyby! Na pocieszenie jeszcze skrót świeżo przeorana przesieką – jeszcze ziemia nieobeschła za pługiem. O losie! W lewej ręce paczka sucharów, w lewej pół ciastka, a w zębach reszta. Dławię się tym sucharem z zadyszki i śmiechu. Śmieję się z cyrkowych swych wyczynów jadąc krawędzią przesieki to znów z spadając z wąskiego przejazdu. Brakuje ukrytej kamery!

Ostatnie kilometry do przeprawy promowej no i… nie! To nie do wiary! Znów musimy przedzierać się przez las. A za chwilę dojedziemy do świeżo przeoranej przesieki. Tam już po prostu weźmiemy to ze śmiechem (takim ze zmęczenia) Fot. 59rzek.pl

Dobijamy do zalewu. Pod drzewami przedzierają się popołudniowe promienie. To już gdzieś blisko. Trzymamy się brzegu. Jest! Jest Sokole-Kużnica! Jest i przeprawa. A prom? Właśnie odpłynął. Szczęśliwie to nie ostatni dziś. Przy nabrzeżu dokańczamy ciastka śmieszności, czekając na następny kurs. To chwila zadowolenia. Półtorej godziny przed czasem. Jak na rozpoczęty piąty krzyżyk to niezła z nas kozactwo. Leniwa barka przybija wreszcie do naszego brzegu, a my witamy się z przewoźnikiem w marynarskiej czapce. Uśmiechnięty marynarz śródlądowy przywitał nas pytaniem: „I co ja mam z Wami zrobić? Kiedy rowerów mi nie kazali przewozić.” Chwilę stałem w osłupieniu zanim zrozumiałem że to żart. Moje pokłady śmiechu wyczerpały się, gdy orałem las w piaszczystej przesiece.

Nad Zalew Koronowski dotarliśmy przed czasem. Prom właśnie podążał na drugą stronę. Czekaliśmy z uśmiechem, dopóki pan szyper nie poczęstował nas kąśliwym dowcipem Fot. 59rzek.pl

Chrupiąc orzeszki wpuszcza nas wreszcie na pokład. Śmieje się przy tym od ucha do ucha, dumny ze swego dowcipu. Taką taksówką dawno nie jechałem. Po królewsku, na pustym pokładzie przewiozła nasze dwa, nam dając chwilę oddechu. Na brzegu jeszcze po garści orzechów dla wzmocnienia. Następny przystanek to kemping Julia. Brukowany podjazd do parkingu przy przeprawie pokonujemy pieszo. W końcu już 80 km za nami. Od szczytu wzniesienia ruszamy na kołach szutrówką do głównej drogi. Długie płaskie odcinki wiodą nas aż pod Koronowo. Mijając ogródki działkowe w Srebrnicy skręcamy w lewo ku tamie na Zalewie Koronowskim. Po czym wpadamy aleją Jana Pawła II do Pieczysk. A tam mijamy pomnik JPII wetknięty między betonowe płyty, patyki i okraszony flagą oraz zniczami. Tworzy to zadziwiający krajobraz.

Jan Paweł II umieszczony jakby na zaniedbanym miejscu, wokół betonowe płyty, powtykane patyki, znicze, flaga… Zdumiewający widok Fot. 59rzek.pl

Stąd już gładko ścieżka rowerową wprost na kemping Samociążku. Postawiliśmy na duży ośrodek, który będzie funkcjonował również poza sezonem wakacyjnym. Okazało się być to trafnym posunięciem. „Julia” we wrześniu tętni życiem. W ośrodku trzy równoległe imprezy, od rodzinnych uroczystości po zjazd motocyklowy. Amatorów spania na ziemi brak i całe pole namiotowe tylko dla nas. Znajdą się również wolne domki. Lecz najpierw równo przystrzyżonej trawy prowadzi nas nad zalew. W barze nad wodą nie ma już dużego wyboru. Rosół i zacna porcja dorsza czarniaka krzepią nas wielce. Dziwne to czasy – coraz trudniej o dorsza w Bałtyku, za to mają go pod dostatkiem pod Koronowem.

Po obfitej kolacji nieśpiesznie wędrujemy na pole namiotowe. Wieczór nie jest tak chłodny jak wczoraj, a i prognoza lepsza. Jednak blisko 12 godzin w siodłach i ponad 100 km „po oranym” nie zachęca do spania w pałatce. Miły ton głosu pani w recepcji przekonuje nas, że zasługujemy na spanie pod dachem. Czyściutki pokój z łazienką, jasne meble i równo złożona pościel na łóżkach odrobinę mnie rozczulają. Postanawiamy docenić również nasze wierzchowce. W nagrodę za niestrudzoną gonitwę zanocują dziś z nami. Jeszcze meldunki najbliższym, jeszcze puree instant – jak mawiała moja babcia – „żeby się Cygany nie śniły”. O niedawnej kolacji jakoś już zdążyliśmy zapomnieć. Sen przyszedł nagle jak odcięcie zasilania.

Noc istotnie była ciepła i z tego powodu nocleg w namiocie mógłby się udać, ale… ośrodek do późna grzmiał muzyką i odgłosami zabawy. Zamknięte drzwi schludnego domku pozwoliły odizolować się od tej wrzawy i skutecznie wypocząć.

Niedziela to prawie symboliczny odcinek. Najpierw do rynku na kawę później Brdyujście i finał. Zbieramy się wcześnie tak, jak budzik kazał. Szybkie śniadanie. Po „małej czarnej” (Ha! mam nawet w sakwach śmietankę do kawy! Łukasz nie może się nadziwić, ile tego zabrałem). Ruszamy ochoczo na południe drogą 244. W okolicach Tryszczyna w lewo w szutrówkę – a jakże – aż do Smukały. Tam kilka podjazdów asfaltem, dla rozruszania ścięgna. To już Bydgoszcz. Żeglarską do Brdy i dalej bulwarem do mostu Sulimy-Kamińskiego. Przy okazji witamy się z bydgoskimi Gracjami. Mitologiczne boginie rozgrzewały ludzkie serca, napełniały życie radością i czuwały nad twórcami. Czy to nie znak? Dobra wróżba dla naszego projektu?

Ostatni pit-stop przed metą. Na Starym Rynku w Bydgoszczy. Niestety, miejscowi rowerzyści popędzili dziś w inną stronę „kręcąc kilometry” w aplikacji dla swojego miasta. Kawę pijemy sami. Fot. 59rzek.pl

Ostatni pit-stop tuż za mostem na Starym Rynku. Świętujemy go przy kawie. Wzbiera w nas radość, już widać metę. Pojawia się też wniosek na kolejne wyprawy. Zdobycze cywilizacji, jak GPS, działają lepiej tam, gdzie ona jest. Na cywilizacyjnych rubieżach trzeba wrócić do źródeł jak mapa, rozpoznawanie kierunków w terenie, a nade wszystko pytać ludzi. Poza bezcennym aktem spotkania to niedoceniane dziś źródło informacji. A przy okazji na następną wyprawę zabiorę też kompas. Jeszcze kilka fotek i ruszamy do ujścia. Najpierw bulwarem, potem Fordońską w ruchu ulicznym. Odrobinę dziwi brak ścieżki dla rowerów na tym odcinku. Przecież Fordon to sypialnia Bydgoszczy. Wielu z nich wybrało by rower w miejsce korków porannych i ścisku w autobusach.

Trochę kluczymy na miejscu po wyspach w Brdyujściu między torem regatowym, a śluzą. Jest! Jest wreszcie meta. W pełnym słońcu południa. Styk wód dwóch rzek i nurtów dwóch. Dokonało się. (* jakieś zdjęcie z Brdyujścia) Radość, zdjęcia i filmy z finału, duma i dźwiganie rowerów z wykrokiem ciężarowca. No i te bolenie atakujące przy brzegu. Ach jak by je wędą… Gdzieś z tyłu głowy myśl, że jeszcze cos z siebie możemy dać. A ponad to niedosyt i nostalgiczne poczucie straty, że to już za nami.

To już koniec – w tym miejscu nasza Brda rozpływa się w Wiśle. Na Wisłę przyjdzie czas – jest na naszej liście Fot. 59rzek.pl
Z radości unieśliśmy rowery nad głowę. Ja miałem trochę trudniej… waga robi swoje Fot. 59rzek.pl
Łukasz wiwatujący – w tle Brda mieszająca wody z Wisłą Fot. 59rzek.pl

Powrót do centrum upłynął nam ze smakiem jabłek w ustach. Chwila zadumy na pobliskim cmentarzu nad mogiłą moich przodków. I nieoczekiwane spotkanie. Cóż za przypadek – jeden z tych charyzmatycznych. To ksiądz nasz – ze szkoły. Tu i teraz. Po tylu latach i w tej właśnie chwili. Niezmiennie uśmiechnięty i pełen dobrotliwego ciepła. Żywy i rozmowny – nic się nie zmienił. Pobłogosławił nam w naszej drodze i pożegnał serdecznie. Później jeszcze obiad przy rynku po auto na Czyżkówko.

Brda, Brda… i po Brdzie. Nie chce się wracać. Tyle godzin razem. Tyle wspólnego wysiłku. Jedziemy po drugie auto do Miastka i ciągle gadamy. Kiedy następna wyprawa? I Dokąd? Jak relacjonować? Co z logistyką? Co zmienić w prowiancie? Czy warto jeszcze brać namiot jesienią?

Na miejscu przeładunek roweru i bagaży – pamiętamy o śrubach do kół i innych drobiazgach. Żegnamy się z satysfakcją, ale i smutkiem. Ruszamy każdy w swoją stronę. Łukasz 5 godzin do domu, ja zaledwie dwie. Na trasie mijam auto o numerach rejestracyjnych „G0 RZEKA”. To nie może być przypadek! Pewnie, że GO GO GO!

MAPY DO PODRÓŻOWNIA PRZY BRDZIE ZOBACZYSZ TU

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *