Dlaczego robić coś zupełnie po nic

Dlaczego robić coś zupełnie po nic

Zanim zrelacjonuję kolejną rzeczną wyprawę – tym razem zimową – zapragnąłem nagle podzielić się tym, co ona mi przyniosła

W ubiegłym roku, gdy na przekór pandemii, wiekowi, codzienności biorącej nas w obroty, ruszaliśmy na pierwszą rzekę z rowerami, mówiłem, że nie wiem, dlaczego jadę. Podejrzewałem, że coś chcę udowodnić sobie i innym, że miło spędzić czas. Przedzierając się przez las z rowerem, resztkami sił pchając go w głębokim śniegu w okolicach Iławy, pomyślałem, że może robię to po coś zupełnie innego.

Najważniejszym – co przyszło mi do głowy już wcześniej, przyznaję, ale w śnieżnym lesie przyszło to do głowy jaśniej – i może sednem tego planu rzecznego jest robienie czegoś zupełnie po nic. Nie dla pieniędzy. Nie dla komentarzy w mediach, w social mediach. Nie dla klepania po plecach. Robienie czegoś, co w zasadzie nie ma większego sensu, a pochłania mnóstwo wysiłku, jest szalenie satysfakcjonujące zupełnie samo w sobie.
Jest odtrutką na świat, który od momentu dojrzałości próbujemy sobie jak najbezpieczniej poukładać. Obłożyć się przedmiotami (kiedy miałem 17 lat uważałem, że posiadanie ulubionego kubka do kawy, to już koniec, kaplica, pogodzenie się z odrętwieniem – chyba nadal ten pogląd jest mi bliski). Otoczyć się ludźmi. Wtedy wydaje nam się, że jest przecież minimalna szansa na jakąś stałość. Albo jeszcze gorzej – rzucamy się w wir rodziny, roboty i nie musimy się zadręczać żadnymi innymi pytaniami. Im mniej myślenia, tym bezpieczniej.

Robienie czegoś po nic zmusza do myślenia – po co w ogóle się robi, co się robi. I czy rzeczy, które teoretycznie niby mają więcej sensu niż usilne próbowanie pedałowania w zmarzniętej koleinie, tam, gdzie jedynie widać ślady zajęcy i saren, naprawdę mają jakiś sens.
Dla mnie osobiście najpiękniejsze są właśnie te momenty, te przebłyski, w których najzupełniej jasno widzę, że oczywiście całe misternie wznoszone przez nas konstrukcje mające trzymać życie w zrytualizowanym gorsecie nie są ani odrobinę lepsze czy stabilniejsze. I kiedy można się do tego przyznać bez strachu, to wtedy odczuwa się wolność. Swobodę bycia.

Nie mam oczywiście pojęcia, czy to jest jedyny i ostateczny powód tego, że jadę. Nie mam też jednak żadnych oczekiwań – i przecież nie miałem – co do tego, że coś odkryję i jeszcze nowego zrozumiem. Ja tylko po prostu pedałuję patrząc na rzeki, które raz rozwijają się od malutkich strumyków w rozlane potwory, a raz z wartkich, szerokich nurtów zwijają się wśród łąk w drobne tasiemki, które ostatecznie nikną w brzuchu całkiem niewielkiego bajora. Tego rozwijania się i zwijania lepiej niż rzeka oddać chyba nie można.

Nie mam też, niestety, żadnego uniwersalnego patentu dla Was, żebyście mogli to samo poczuć. Jest tylko jedna wskazówka – trzeba szukać!

Łukasz Zboralski